Gwiazdy
Czy jest w tej chwili chociaż jeden aspekt w którym nasze kluby mogą dorównać klubom zachodnim? Zespołom odnoszącym największe sukcesy na arenie międzynarodowej? Co łączy Liverpool, Chelsea, Barcelonę, Milan, Manchester, Bayern? Co prócz ogromnych budżetów i sukcesów w Europejskich pucharach w ostatnich latach zbliża te zespoły do siebie, a tak bardzo poróżnia je od naszych klubów? Stadiony, baza treningowa, popularność? Na pewno tak. Lecz odpowiedzią na te pytania są indywidualności. Nie chodzi tu bynajmniej o prezesów. Nie chodzi też o szkoleniowców czy najskuteczniejszych napastników. Indywidualnością w moim odczuciu nigdy nie będzie Cristiano Ronaldo, Fernando Torres czy Ronaldinho. Na naszym podwórku takimi osobami nie będą Lewandowski, Chinyama czy Brożek. To są zawodnicy innego typu. Inaczej wychowani, o innym spojrzeniu na otaczający ich świat, swoje miejsce w nim i na swój zawód. Piłka nożna się zmienia. W polskiej piłce bezpowrotnie już chyba minął czas piłkarzy którzy byli prawdziwymi liderami zespołu. Którzy nie bali się ostrej gry, nie odkładali nogi czy głowy. Dla których gra w Legii Lechu Wiśle czy Widzewie była czymś więcej niż tylko sposobem na dorobienie się pieniędzy i wypromowanie na zachód. Romantyczni wojownicy gotowi umierać za swój klub. Bo kim była by Legia na początku lat 90 bez Leszka Pisza, Jóźwiaka, a kim był by Widzew bez Siadaczki czy Bogusza. Dziś w polskich klubach mówi się o wymianie pokoleniowej, o tym że tego typu zawodnicy to zwykli drwale i nie mają już miejsca w nowoczesnym, technicznym futbolu. Polska myśl mówi o tym by iść z duchem czasu, gonić zachód. Problem w tym że na zachodzie owszem gra się efektownie, tylko czym była by taka gra gdyby kończyła się porażkami? Czy zawodnicy pokroju Ronaldo czy Ronaldinho byli by w stanie zapewnić też i efektywność? Czy zespół Alexa Fergusona odnosił by sukcesy bez Scholesa czy przede wszystkim Roya Keana? Trzy finały Champions League i dwa zwycięstwa. Ostatni przegrany w którym takowych zawodników zabrakło. W zespół ze Stand for Bridge w ostatnich latach zainwestowano ogromne pieniądze, przewinęło się przez niego wielu zawodników (lepszych i gorszych), pozostali dwaj: Frank Lampard i John Terry. To oni są podstawą sukcesów zespołu Mourinho. Czy Jerzy Dudek mógłby tańczyć w bramce w konkursie jedenastek na stadionie w Stambule gdyby nie postawa dwóch wychowanków Caraghera i Gerrarda? Ile osób wierzyło, że im się uda? Dowodzić drużyną która potrafi się podnieść ze stanu 0:3 po 45 minutach finału Ligi Mistrzów potrafią jedynie najwięksi przywódcy. Kim jest Gennaro Gattuso dla zespołu Milanu wie każdy kto w zeszłym sezonie śledził poczynania Rossoneri. Osłabieni brakiem swojego kontuzjowanego wojownika byli bez szans w walce o Scudetto. Z finału z 1999 roku na Camp Nou bardziej niż dwa gole w końcówce tamtego spotkania utkwiła mi twarz Lothara Matthäusa schodzącego z boiska przy stanie 1:0 dla Bawarczyków. Zadowolenie z wzorowo wykonanej pracy przeobraziło się w zwątpienie i następnie w rozpacz. Kto wie czy gdyby nie został on wówczas razem ze swoją armią na boisku nie dowieźli by oni tego wyniku do końcowego gwizdka. W zespole od momentu jego zejścia zapanował chaos nad którym nikt już nie potrafił zapanować. Z tego chaosu wyłonił się ManU i jego dwie bramki w końcowych minutach. Nawet pierwszy galaktyczny Real miał swojego Hierro, a Barcelona z finału z Arsenalem Puyola. To właśnie Ci zawodnicy w kluczowych momentach nigdy nie pękają. Zostawiają na boisku całe zdrowie. To oni „robią różnicę”. A my potem i tak lepiej pamiętamy Ronaldo, Beckhama, Drogbę, Szewczenkę, Ronaldinho czy Eto. To oni są efektowni, ale to oni najczęściej zmieniają barwy klubowe. To są faktycznie gwiazdy. I tak jak te prawdziwe, na niebie, często spadają, lecz w przeciwieństwie do nich świecą jedynie światłem odbitym…
1 Komentarz
